strajk nauczycieli

rodzicielsko społecznie

Gdy za rogiem czeka strajk

W przededniu wyjątkowo daleko posuniętego strajku polskich nauczycieli trudno przejść wobec tej sprawy obojętnie – zwłaszcza jako rodzic.

Staram się w życiu

ostrożnie wydawać wyroki,

w przypadku nieporozumienia doszukuję się racji po obu stronach, zwracam uwagę na argumenty szczególnie agresora, jednak zawsze kończy się to dojściem do własnych wniosków.

Każdy widzi, że najbardziej w sprawie strajku obrywa się nauczycielom. Jak ja jednak widzę ich sytuację? Czy według mnie słusznie ocenia się, że to oni są winni sytuacji, w jakiej znalazła się edukacja w Polsce?

Przeciętny

rodzic raczej nie wie tak do końca, w czym przejawia się reformowanie edukacji

prowadzone u nas od dobrych kilkunastu lat. W moim odczuciu zaczęło się to od wprowadzenia gimnazjum (jestem ostatnim rocznikiem kończącym na przełomie wieków ośmioklasową podstawówkę), przy jednoczesnym znacznym obniżeniu poziomu nauczania. Pamiętam, jak mój matematyk w liceum pokazywał nam książkę z zadaniami „I Ty zostaniesz Pitagorasem” i ze szczerym ubolewaniem mówił, że rocznik za nami musi przyswoić już tylko mniej więcej 1/3 materiału. Wkrótce po tym kadra akademicka narzekała, że maturzyści, którzy trafiają na uczelnie mają zdecydowanie mniejszą wiedzę niż starsze roczniki.

Kolejną wyraźną dla mnie zmianą było – ponoć przedwczesne ze względów głównie organizacyjnych – wprowadzenie 6-latków do szkół. I cała fala mniejszych lub większych nieprzewidywalności i niepewności zwieńczona zwłaszcza niedawnym nagłym, prawie z roku na rok przywróceniem ośmiu klas i to bez solidnych konsultacji „społeczno-branżowych”. Towarzyszyła temu wszystkiemu rozrastająca się papierologia (to już wiem z pierwszej ręki) – co roku inne rozkłady zajęć, dzienniki, scenariusze, sprawozdania. Ograniczenia w doposażaniu klas, chyba że coś pozyskano „indywidualnie” przez szkołę w ramach Funduszy Europejskich. I ciągłe pretensje do nauczycieli, a nie do władz.

Kogo jednak nie drażniłoby i utrudniało po prostu spokojną pracę, gdyby musiał słuchać z każdej strony (władz, rodziców, komentatorów) o swojej niekompetencji i złej woli, bo na przykład uczniowie nie potrafią pracować w grupie albo że uczy się je tylko rozwiązywać test według klucza albo że masz „dwa miesiące” (cudzysłów stąd, że dobrze wiem, że czasu wolnego od pracy latem je zdecydowanie mniej)? Mimo że od czasów studenckich uczysz się zawodu, mimo że formalnie kuratorium oczekuje od Ciebie innych rezultatów, którym musisz po prostu sprostać, by nie stracić zatrudnienia i mimo że największy nawet leser-nauczyciel nie jest w stanie wykonywać zawodu bez zaangażowania i pracy de facto w nienormowanym czasie?

Myślę, że na strajk należy spojrzeć szerzej.

Obecne postulaty są dla mnie jasne, ale i tak wąskie w porównaniu do zarzutów pojawiających się na przestrzeni ostatnich lat w konfrontacji między środowiskiem nauczycielskim a sprawującymi władzę. Oczywiście, stan na dzisiaj jest fatalny i wolałabym jak każdy – zwłaszcza rodzic – by strajku nie było. Nie zawsze jednak jako społeczeństwo bierzemy wszystkie aspekty pod uwagę, które złożyły się na postawę nauczycieli, a zwłaszcza reprezentujących ich związków. o prostu liczę na to, że szybko się on skończy.

Ulało się. Ale jak w codziennym życiu: gdy pojawia się kłótnia, zdrowy rozsądek podpowiada, że należałoby uspokoić wkurzoną stronę, a nie podsycać jej gniew i naskakiwać na nią. Nie poniżać. A co gorsza, nie szukać i nagradzać „tego grzecznego” na oczach wkurzonego. Inaczej tylko przedłuża to kłótnię i dodaje obrażeń po obu stronach.